Egipska wersja kuchni włoskiej i lunch na statku


To będzie już mój ostatni wpis dotyczący wyprawy do Egiptu.

W trakcie wyjazdu zapewniliśmy sobie kilka atrakcji. O nocnym wchodzeniu na górę Synaj i podziwianie wschodu słońca już pisałam (kilka zdjęć znajdziecie tutaj). Drugą naszą atrakcją było nurkowanie i całodzienny pobyt na statku. Mieliśmy niezwykłe szczęście, ponieważ mogliśmy nurkować w Ras Muhammad (Ras Mohamed)- parku narodowym z przepięknym życiem podwodnym. Zresztą popatrzcie sami.

Zdjęcie 1. Bogactwo podwodnego świata Ras Muhammad, widok na przystań, ilość ryb pływających w zasięgu wzroku, tuż pod powierzchnią, jest powalająca i widok na meczet (w oddali) w Sharm el-Sheikh.

W trakcie tego całodziennego wyjazdu obiad mieliśmy zapewniony na statku. Do wyboru była ryba, kurczak smażony w panierce, ryż, ziemniaki, sałatka. Wszystko było bardzo smaczne, bardziej egipskie niż europejskie i stwierdziliśmy zgodnie (a była trochę większa grupa z Polski), że zdecydowanie lepsze niż w hotelu. Niestety żadnych zdjęć nie zrobiłam.

Jak już o tym wspominałam, w trakcie pobytu w hotelu mogliśmy skorzystać z restauracji włoskiej  serwującej dania a la carte. Potraktowaliśmy to jak atrakcję i po całym dniu spędzonym na łodzi zdecydowaliśmy się na kolację w stylu włoskim. No i spotkało nas rozczarowanie. Zdecydowaliśmy się na paluszki z mozzarelli, pizzę i przepiórkę jako dania główne, a na deser lody i crème brûlée. Paluszki serowe były zimne, pizza smakowała jak z mrożonki (choć była robiona przy nas, na świeżo), a crème brûlée nie był crèmem brûlée. Porzuciłam go po jednej łyżeczce. Do tego przepiórka, która była taka sobie.. A lody, jak lody. Całkowicie bez szału.

Zdjęcie 2. Paluszki z mozzarelli, przepiórka, pizza i crème brûlée.

Uważam, że gdy to była restauracja, w której serwowano by dania kuchni egipskiej a la carte, to efekt byłby dużo lepszy i byłoby to zdecydowanie atrakcyjniejsze (nie mówiąc o dużo lepszym smaku i aromacie). Wiem jednak, że w swojej opinii mogę być odosobniona…

Reklamy

Egipskie desery i owoce


Dzisiaj krótko opiszę desery i owoce. Ostatni post był bardzo długi, więc już nie chciałam dodawać do niego kolejnych wiadomości. Dzisiaj będzie krótko i treściwie.

Desery serwowane w egipskim hotelu, w którym byliśmy, były „wymieszane”, tak jak dania serwowane podczas posiłków (o czym przeczytacie tu). Sporo deserów było robionych pod europejskich turystów, ale zdarzały się też egipskie, słodkie perełki. Wybór słodkości był przeogromny. Najlepsze, najbardziej wystawne polskie wesele nie powstydziłoby się ilości i barw tych ciast. Można było znaleźć przeróżne torty, galaretki, dużo różnych ciast, przeważnie zrobionych z przekładanych różnymi kremami biszkoptów. Zazwyczaj kolorowych. Były ciasta czekoladowe, truskawkowe, musy waniliowe i owocowe. Rożne galaretki, itp. A do tego stół z owocami. Można było sobie wybrać banany, banany w specjalnej zalewie, takie jakby kandyzowane, pomarańcze, świeże daktyle i daktyle kandyzowane. Melony miodowe. Kaki nazywane też persymoną. I guawę pokrojoną na plastry.

Zdjęcie 1. Talerz z owocami, melon miodowy, pomarańcze i banany w zalewie. Ciasto mus waniliowy, daktyl i guawa.

Jak już opisywałam wcześniejszym poście, mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na  wieczór kuchni egipskiej. Wtedy też próbowaliśmy rożnych ciekawych deserów. Jedliśmy między innymi egipską, ociekającą miodem baklawę, która jest także popularna w Grecji i Turcji. Jest to ciastko przygotowane z ciasta filo z dodatkiem orzechów i miodu. Oprócz tego jedliśmy ciasto kadayıf, nazywane inaczej anielskimi włosami. Jest to bardzo delikatne, misterne ciasto składające się z pociętego w drobne paseczki ciasta filo. Całość jest polana miodem, z dodatkiem orzechów lub bitej śmietany. Ogólnie egipskie desery są bardzo, bardzo słodkie. Poza tymi słodyczami jedliśmy jeszcze dwa ciekawe ciasta – pierwsze nazywane basbousa, to ciasto robione z kaszy manny. Drugie ciasto to basbosa, to ciasto robione z semoliny (mąki robionej z twardej pszenicy durum). Poza tym jedliśmy maślane ciasteczka, która bardzo dobrze smakowały z kawą i pewien ciekawy rodzaj galaretki, którego nazwy nie pamiętam.

Zdjęcie 2. Basbousa i basbosa. Baklawa, kadayif, maślane ciasteczka i galaretka. Zdjęcia nie najlepszej jakości, ponieważ były robione bez lampy błyskowej w słabym oświetleniu.

Jeszcze jeden deser, który jest bardzo popularny w kuchni egipskiej, a którego nie spróbowaliśmy to ryż z mlekiem, nazywany też puddingiem ryżowym. Czasem podawany solo, czasem z dodatkiem orzechów. Kryje się pod różnymi nazwami. Ponieważ nie wiem, która jest poprawna, nie przytoczę żadnej:P

W trakcie wyjazdu byliśmy na nocnym wchodzeniu na górę Synaj, gdzie mogliśmy podziwiać piękny wschód słońca. Ponieważ było to ponad 2000 m n.p.m. to na górze było potwornie zimno. Żeby sobie z tym poradzić wszyscy wypożyczali pledy za 3 dolary. A wyglądało to tak:

IMG_0517IMG_0538IMG_0539IMG_0550IMG_3284

Baśnie z tysiąca i jednej nocy. Kulinarny Egipt z perspektywy all inclusive


Dzisiejszy wpis podróżniczo – kulinarny będzie trochę inny niż te, do tej pory. Chciałabym coś napisać o kulinarnym Egipcie. Tak się złożyło, że tym razem na wakacjach byliśmy w formie all inclusive. A to bardzo zmienia dynamikę, perspektywę i smaki kuchni. Wszystkie posiłki mieliśmy zapewnione w hotelu, więc moja opowieść będzie po pierwsze bardzo subiektywna (zresztą jak wszystko na tym blogu), a po drugie niepełna, podejrzewam że lekko spłaszczona, ograniczona prawie tylko do jedzenia hotelowego. I choć nie będzie to reklama ani biura podroży z którym pojechaliśmy, ani hotelu w którym byliśmy, ta opowieść będzie inna.

IMG_0501

Zdjęcie 1. Wschód słońca nad Morzem Czerwonym.

Egipt, jak każdy kraj jest bardzo zróżnicowany. Podejrzewam, że kulinarnie też jest bardzo zróżnicowany i inne smaki dominują w Egipcie Zachodnim, w Kairze, a inne na Półwyspie Synaj, gdzie byliśmy. Tym razem tego nie doświadczyłam, ale mam nadzieję wszystko przede mną. Bo nie ukrywam Egipt mnie zachwycił. I bardzo chcę tam wrócić.

Zdjęcie 2. Przyhotelowa plaża z widoczną w oddali górą Tiran i rafą koralową.

Będąc w Egipcie trzeba pamiętać o tym, że może nas dosięgnąć zemsta Faraona. Nikt nie chce spędzić pół wyjazdu w toalecie. Więc, aby się przed tym obronić doradzam zażywanie probiotyków, przed wyjazdem, w trakcie i kilka dni po powrocie. Naprawdę bardzo pomagają! Dodatkowo, my przywieźliśmy sobie małe butelki z wodą mineralną, które służyły nam tylko do płukania ust po myciu zębów. No i właściwie najgorsza część „obrony” przed zemstą to nie jedzenie:

  • surowych warzyw (pomidory, ogórki),
  • surówek, sałatek itp.,
  • owoców ze skórką,
  • jogurtów, które stoją w misach,
  • kostek lodu dodawanych do drinków,
  • wszystkiego, co może być opłukane wodą bieżącą lub może być nieodpowiednio przechowywane.

Do tego trochę alkoholu (dla dorosłych) do posiłków i właściwie można się uchronić. Oczywiście, każdy organizm jest inny i niestety może się zdarzyć tak, że to co na jedynych zadziała, drugim nie posłuży. Niemniej jednak może to pomóc. Niestety takie ograniczenie w spożywaniu jedzenia powoduje, że wybór potraw jest trochę uboższy.

IMG_20181117_094720

Zdjęcie 3. Widok na przepiękny Park Narodowy Ras Muhammad z rafą koralową.

W naszym hotelu były trzy restauracje. Pierwsza, największa, to restauracja gdzie serwowano śniadania, obiady i kolacje dla wszystkich gości hotelowych. Druga, mniejsza, znajdująca się przy basenie oferowała obiady i kolacje, przy czym jeśli chciało się pójść tam na obiad należało się wcześniej zapisać. Była to restauracja kameralna, zdecydowanie mniejsza, nazywana przez tubylców i rezydenta restauracją w stylu „europejskim”. Faktycznie był tam mniejszy wybór, ale dania były trochę inne. Przede wszystkim można tam było dostać frytki, czego w głównej restauracji nigdy nie było. Trzecia restauracja, to restauracja w stylu włoskim, gdzie można było pójść raz (w ramach all inclusive, późniejsze wizyty były odpłatne) po wcześniejszym zapisaniu się. To była restauracja a la carte. W pozostałych był po prostu bufet i nakładało się ile się chciało i co się chciało.

To co było serwowane w hotelu było przygotowane pod turystów. Ale pracownicy kuchni dodawali też coś egipskiego. I tak na śniadanie w ciepłym bufecie można było znaleźć purée ziemniaczane (bardzo lubią ziemniaki, są serwowane na każdy posiłek, w różnej formie), fasolkę jak w tradycyjnym angielskim śniadaniu, ale także taką tradycyjną egipską favę – fasolę, a właściwie bób, przygotowywany trochę jak nasza fasolka po bretońsku. Do tego jeszcze kilka innych dań, czasem zaskakujących. Fasola, bób, ciecierzyca są bardzo ważnym składnikiem kuchni egipskiej. Tworzy się z nich pasty, dania wegetariańskie, dodatki do dań mięsnych, falafele itp. Serwowana na śniadanie fava jest bardzo dobra, ale jak dla mnie jedzona rano, jest trochę zbyt ciężkostrawna. Dlatego z tych dań w ciepłym bufecie skorzystałam tylko raz. Poza tym można było wybrać omlet, robiony na świeżo lub wybrać sobie robione na świeżo, ciepłe naleśniki i zjeść je z dżemem i miodem. Gdy wybierałam omlet, to korzystałam z innych ciepłych dodatków takich jak smażone plastry bakłażana, falafele czy tamijja (kuleczki podobne do falafeli, ale robione z bobu z dodatkiem pietruszki), co też jest tradycyjne w kuchni egipskiej. Zwłaszcza falafele i tamijja bardzo mi smakowały. Oczywiście poza tym można było sobie wybrać różne warzywa, jogurt z płatkami, słodkie ciasta lub owoce. Jeśli chodzi o szynkę i ser, to osoby, które nie wyobrażają sobie innego śniadania jak bułeczka z serem i szyneczką, będą bardzo rozczarowane. Praktycznie ich nie ma. Z szynki serwowany był jeden talerz z szynką z kurczaka (znikała dosyć szybko), która była bardzo smaczna, ale pikantna. Z kolei z serów były ich dwa rodzaje – ementaler (choć moim zdaniem, to nie był ten ser) i jeszcze jeden rodzaj (nie opisany) –  bardzo pikantny.

Zdjęcie 4. Oferta śniadaniowa. Falafele i smażone bakłażany. Omlet z tostem, tamijją i szynką drobiową. Talerz z owocami jako deser – grejpfruty, pokrojony w kostkę melon miodowy i ciekawie przyrządzane banany w zalewie.

To czym nie musiałam się martwić w Egipcie, to rodzaj serwowanego mięsa. Jak niektórzy, stali czytelnicy bloga wiedzą, nie mogę jeść wieprzowiny. W krajach muzułmańskich, do których należy Egipt, ten problem traci na znaczeniu. Wg islamu świnia jest zwierzęciem nieczystym, w związku z czym nie jest serwowana w ich kuchni. Za to jest bogaty wybór wołowiny, kurczaka, jagnięciny i przede wszystkim baraniny.

Podczas lunchu można było wybierać i przebierać w bogato zastawionym stole. A właściwie stołach. Z dań serwowanych na ciepło zazwyczaj dostępne były różne formy ziemniaków, zapiekanek na ciepło np. bakłażanowa lub cukiniowa, potrawka z wołowiny, kurczak w różnych przyprawach, rożne rodzaje curry, zapiekanki rybne (zazwyczaj, niestety, niesmaczne), gotowane warzywa pokrojone w fantazyjne plastry lub podawane w formie sosów i do tego dwa rodzaje zupy (codziennie inne). Jak już wspominałam bardzo lubią ziemniaki. Podczas obiadu i kolacji zazwyczaj były serwowane w postaci zapiekanek, pieczonych plastrów, pieczonych ćwiartek itp. Najczęściej wybierałam sobie takie ziemniaki i szłam do stołu z przyprawami i dodatkowo sypałam na nie kurkumę i kumin. Wtedy były przepyszne. Zupy są ważnym elementem kuchni egipskiej. Ale te serwowane w naszym hotelu nie były zbyt smaczne. Wzięłam jedną raz, zjadłam dwie łyżki i odstawiłam. I to wszystko z bufetu ciepłego. Oprócz tego był wielki stół z warzywami, sałatkami, surówkami itp. Nigdy nie skorzystałam. A dla wybrednych można było podejść do kucharza i poprosić o zrobienie na ciepło makaronu z sosem. Oczywiście poza daniami wytrawnymi, na ciepło, były dostępne desery w postaci fantazyjnych ciast i owoce. O tym aspekcie napiszę w osobnym poście, bo tutaj już dochodzę do bardzo długiego wpisu 🙂 .

Zdjęcie 5. Przykładowe talerze obiadowe. Ziemniaki w różnej postaci – gotowane w sosie lub pieczone i posypane dodatkowo kurkumą i kuminem. Do tego gotowane warzywa w plastrach i w formie potrawki/sosu lub sałatki. Zapiekana bagietka z pomidorami i kiszone warzywa (te kolorowe kosteczki) – bardzo ostre i, jak dla mnie, niesmaczne.

To co było dostępne przez cały dzień, przy każdym posiłku, było pieczywo. Można było sobie wybrać chleb tostowy, z którego można było sobie na bieżąco robić tosty (to akurat tylko podczas śniadania), był różne bułeczki, bagietki, chleb. I oczywiście egipski chlebek typu pita nazywany aysz. Chlebek ten jest płaskim chlebkiem, pustym w środku, który świetnie się komponuje z różnymi pastami, sosami i dodatkami. I naprawdę był pyszny z pastami, które mieliśmy szczęście zjeść ostatniego dnia.

Przejdźmy więc do kolacji. Uważam, że to był najciekawszy posiłek dnia. W trakcie kolacji także był ciepły bufet w postaci ziemniaków w różnej postaci (lub frytek, w tej bardziej europejskiej restauracji), do tego ciepłe warzywa, kurczak itp. Pojawiała się także jagnięcina w sosie. Ale przede wszystkim to był czas, w którym serwowano grillowane mięso. Można było sobie wybrać baraninę pod różną postacią. Czasem były to małe kawałki baraniny, czasem kawałki baraniny jak do burgera z mięsa mielonego, czasami takie wałeczki, także zmielonego mięsa. Poza tym oczywiście ciasta, owoce i sałatki.

Ostatniego wieczoru przed wyjazdem mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na wieczór kuchni egipskiej. I wtedy dopiero popróbowaliśmy prawdziwych smaków. Jak już wiecie chlebek aysz jest bardzo ważny. Tak więc nic dziwnego, że aysz jest serwowany z mielonym mięsem baranim grillowanym. Takie danie nazywa się szawarma. Do tego zjedliśmy kuszari – tradycyjne danie, bardzo proste i ciekawe. Jest to połączenie makaronu, cieciorki lub fasoli, soczewicy, ryżu. Takie danie po nałożeniu polewa się oliwami, sosami (m.in. harrisa – ostry sos na bazie papryczki chilli) lub posypuje różnymi przyprawami. Do tego warto dobrać aysz i rożne pasty. Hummus (pasta z cieciorki), muhammara (pasta z pieczonej papryki z orzechami włoskimi, wywodzi się z Syrii), mutabal (pasta z bakłażana, sezamu i jogurtu naturalnego, czasem nazywana baba ghanoush, ale podobno to nie to samo). Była jeszcze jedna pasta, ale nie umiem jej zidentyfikować, nie pamiętam już jej nazwy, a niestety nie zrobiłam zdjęcia. Wszystkie bardzo smaczne, świetnie komponowały się z ayszem. Te egipskie smaki mi naprawdę smakowały. To było bardzo ciekawe jedzenie, smaczne i inne.

Zdjęcie 6. Kolacja w stylu „europejskim” – frytki z wołowiną (bardzo dobrze zrobioną) i panierowaną rybą (niestety nie wiem co to za rodzaj dokładnie). Chlebek aysz z dodatkiem różnych past m.in. z hummusem, muhammarą i mtabalem (lub mutabalem). Następnie szawarma – baranie mięso mielone grillowane i podane w chlebku pita. Do tego kuszari. Przepraszam za złą jakość zdjęć, ale nie nawykłam do robienia zdjęć przy wszystkich z lampą błyskową. 

To co mi się nie podobało w tym hotelu, to właśnie jedzenie. I co ciekawe nie byłam niezadowolona z kuchni egipskiej, bo uważam, że jest ciekawa i zupełnie inna niż europejska. Przeszkadzało mi to, że tych dań egipskich było mało, nie codziennie, a dania kuchni „europejskiej” były nie do końca smaczne. Na pewno były przygotowane bardzo starannie. Ale z gorszej jakości składników i tak po prostu bez serca.

IMG_0511

Zdjęcie 7. Zachód słońca nad Morzem Czerwonym. Pięknie oświetlona góra Tiran.

Hiszpańskie wesele = wielka uczta (choć inna niż w Polsce)


No i wreszcie dotarłam do tego dnia, kiedy chciałabym Wam opisać hiszpańskie wesele. To jest wydarzenie, które warto przeżyć. Wiadomo, każde hiszpańskie wesele jest inne, zresztą tak, jak każde polskie wesele jest inne. Wszystko zależy od państwa młodych i od gości. Ale porównując hiszpańskie wesele z polskim można mocno się zdziwić.

Wstęp

Zacznijmy więc od początku. Na takie wesele tradycyjnie zaprasza się rodzinę i znajomych. Śluby odbywają się w bardzo wielu przypadkach w kościele (w końcu Hiszpania, to bardzo katolicki kraj), czasami w urzędach stanu cywilnego. Wesela zaś najczęściej są organizowane w luksusowych hotelach, a każdy zaproszony gość zamiast prezentu robi… przelew równowartości wesela  (kolacji, aperitifu, zabawy, itp.) dla jednej osoby w danym hotelu (ok. 150 – 200 euro). Hotele najczęściej biorą od młodych zaliczkę, a reszta regulowana jest po weselu, gdy spłyną wszystkie przelewy. To jest coś co mi osobiście bardzo się podoba. W końcu w weselu chodzi o radość, celebrowanie założenia nowej rodziny, wspólne spotkanie. Po co się zapożyczać na kilkadziesiąt tysięcy i potem liczyć czy „zwróci się czy nie”? A tak wszyscy wiedzą po co przychodzą, i jak nie chcą to nie przychodzą. Choć zdarza się, tak jak w Polsce, że ktoś rezygnuje w ostatniej chwili. Co, moim zdaniem, zawsze jest nieprzyjemne i smutne. W Hiszpanii nie wręcza się też kwiatów, wina, książek, pluszaków ani żadnych innych totolotków. Przelew jest wystarczający.

Ceremonia zaślubin

Przejdźmy więc do samej uroczystości. Ceremonia zaczęła się dosyć późno, bo o godzinie 18.00. W tym przypadku opiszę uroczystość w kościele. Wydaje się, że nie ma co opisywać, kościół jak kościół, obrządek jest taki sam. Nic bardziej mylnego. W Polsce zgodnie z tradycją młodzi wchodzą do kościoła razem, po zaproszeniu ich przez księdza. Oczywiście to się zmienia. Coraz częściej to tato odprowadza pannę młodą do ołtarza. W Hiszpanii jest całkiem inaczej. Na początku do kościoła wchodzą goście (tak jak i w Polsce). Następnie wchodzi mama panny wraz z tatą pana młodego. Następnie mama pana młodego odprowadza go do ołtarza, a na końcu tato panny młodej odprowadza ją do ołtarza. Wydaje się to bardzo symboliczne. Rodzice oddają swoje pociechy, aby mogły założyć nową rodzinę. Co więcej rodzice państwa młodych siedzą obok młodych właśnie. W Hiszpanii nie ma świadków. Świadkami są rodzice i to oni podpisują się na dokumencie zawarcia małżeństwa. Także oni wskazują, kto jeszcze z rodziny, na owym dokumencie, ma złożyć podpis. Są za to drużki. Najczęściej przyjaciółki panny młodej, które pomagają jej z suknią w trakcie ceremonii, podają obrączki oraz… pieniądze. Tak to jest kolejna bardzo ciekawa tradycja. Otóż w trakcie zaślubin, po złożeniu przysięgi i wymianie obrączek, następuje wymiana pieniędzy. Te pieniądze to nie jest waluta, nikt nie przekazuje sobie euro. Są to złote lub srebrne monety, dokładnie 12 sztuk, które najpierw pan młody przekazuje pannie młodej, a następnie panna młoda panu młodemu. Czegoż chcieć więcej? Kolejne symboliczne podkreślenie, że co moje to i twoje.

Co jeszcze było inne? W trakcie samej ceremonii nic, ale dla mnie bardzo wiele. Jako osoba zdystansowana do wiary i Kościoła obserwuję trochę z boku każdą mszę ślubną. Byłam już na wielu w Polsce, w różnych regionach, a teraz mogłam obserwować tę w Hiszpanii. Wiecie jaka jest potężna różnica? W trakcie hiszpańskiej mszy panuje radość, luz, brak dystansu pomiędzy księdzem a młodymi. W trakcie kazania, bierze on mikrofon, schodzi z ambony, podchodzi do młodych i przemawia do nich. Mówi o bardzo uniwersalnych wartościach tworzenia rodziny, przyjmowania nowej, obcej rodziny jako swojej, szacunku do rodziców jednej i drugiej osoby i siebie nawzajem. Mówi o szukaniu miłości, którą wreszcie udało się znaleźć i oby tak zostało. Nikt nie grzmi, że tylko ludzie wierzący są mądrzy, że pewnie miłość już przeminęła, ale młodzi zdecydowali się na ślub, bo tak jest raźniej i łatwiej. Nikt nie mówi, że kobieta ma być płodna jak winorośl i słuchać męża. Nie ma zadęcia, sztywności i poważnego tonu. Dla mnie to było odkrywcze.

Co po ślubie?

Jak na razie bardzo się rozpisałam, więc powili zmierzam do konkretów. Po ceremonii zaślubin, młodzi wychodzą przed kościół, gdzie zostają szczodrze obsypani ryżem. Następnie dostają całusy i życzenia od rodziny i są robione zdjęcia. Na razie nic nie odbiega od tego co się dzieje w Polsce, prawda? Ale, po mniej więcej, pół godzinie tych słodkości, młodzi wsiadają w samochód i jadą robić zdjęcia (zazwyczaj korzystają ze złotej godziny, czyli okresu tuż przed zachodem słońca), a goście robią co chcą przez ok. półtorej godziny. Czy pójdą na piwo, czy dotrą do hotelu, w którym odbywa się wesele, to już ich sprawa. My radośnie poszliśmy do jednej z kawiarni ulicznych, złączyliśmy stoliki i 13 wystrojonych osób zasiadło, żeby napić się piwa, wina, toniku, herbaty i co tylko się chciało. Wesele miało się zacząć o godzinie 21, tak więc o godzinie 20.50 stwierdziliśmy, że pora dotrzeć do hotelu. Pokierowano nas do głównej drogi, gdzie machając mieliśmy złapać taksówkę i dojechać do miejsca, w którym odbywało się wesele. Jak dla mnie, to była świetna przygoda. Nie trzeba organizować busów, przewozów itp. Po prostu na własną rękę każdy dociera do miejsca przeznaczenia. To też mi się bardzo podobało.

Wesele – Aperitif

Szczerze powiem, że gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy już potwornie głodni. Wszyscy nas uprzedzali, że w tym dniu należy jeść jak najmniej, żeby móc zmieścić wszystko co będzie podawane w ciągu wesela. I to była bardzo dobra rada. Wesele hiszpańskie wygląda całkiem inaczej niż to polskie. Gdy dotarliśmy lekko po 21 zostaliśmy skierowani na taras, gdzie działo się już bardzo dużo. Po pierwsze wszystko zaczyna się od aperitifu. Stoi się na tarasie, gdzie są rozstawione stoliki, każdy bierze sobie jaki chce alkohol z baru, w którym panowie barmani polewają co się tylko chce. Dodatkowo można się napić wina z tego regionu (Saragossa leży w Aragonii, więc wina były aragońskie), piwa z tego regionu oraz cavy – specjalnego, hiszpańskiego wina musującego, robionego w podobny sposób co szampan. Cava najlepiej smakuje z dodatkiem soku pomarańczowego. Dlatego właśnie był serwowany jako mimosa (drink polegający na połączeniu szampana z sokiem pomarańczowym). W trakcie tego aperitifu wszyscy do siebie podchodzą, rozmawiają, integrują się. Gdy przychodzą młodzi to tradycyjnie wszyscy krzyczą „wiwat państwo młodzi”, ten okrzyk pojawia się wielokrotnie w trakcie trwania imprezy. Zastępuje nasze „sto lat” i „gorzko, gorzko”. Nie ukrywam, że to też jest coś co bardzo mi się podoba, bo fanką naszych przyśpiewek nie jestem. Jednym z ważniejszych elementów aperitifu jest jedzenie. Ciągle pojawiają się nowe przystawki, które są pyszne i pięknie podane. Było ich tak dużo, że około połowy w ogóle nie udało mi się dostrzec. No i są ustawione stoliki – stanowiska, do których można podejść i zjeść coś co jest tam serwowane, np. paelle czy jamón. Jest jeden osobny stolik, gdzie jest wielka gicz wieprzowa, przy której stoi pan i cieniutko ją odkrawa i podaje zainteresowanym gościom. Nie udało mi się zrobić za wielu zdjęć. Dosłownie jedno. Ale to pokaże, jak było elegancko i ciekawie:)

Zdjęcie 1. Przystawki – wątróbka na bagietce, pasztety z wątróbek na tostach i jeszcze inne smakołyki. Obok lista samych przystawek. Były między innymi kiełbaski, ośmiorniczki w sałatce z ziemniaków, krewetki w sosie pomidorowo-chilli, sałatka z krewetek w sosie z limonki, owoce na słono.

Sam pomysł aperitifu – integracji wszystkich gości bardzo mi się spodobał.

Wesele – uroczysta kolacja

Po aperitifie, który trwał ok. 1,5 godziny przeszliśmy do sali na obiad. Wtedy każdy z gości usiadł przy wyznaczonym stole. I wtedy zaczęła się wielka uczta. Dania były przepyszne. Takich dań, w takich połączeniach jeszcze nie jadłam. Na pierwsze danie zaserwowano nam sałatkętatara z dorsza w połączeniu z dużymi krewetkami, kawałkami ośmiornicy i szparagów, „polane” tapenadą (pasty z czarnych, w tym przypadku aragońskich oliwek) zamiast sosu. Danie to było przepięknie podane, przyozdobiona rukwią wodną. Danie wyglądało oszałamiająco, dla mnie było bardzo smaczne, naprawdę był to bardzo ciekawy smak. Zwłaszcza, że jeszcze nie jadłam tatara z ryby.

IMG_2823

Zdjęcie 2. Opisana szczegółowo, wyżej sałatka.

Na drugie danie podano nam nogę z jagnięciny (ternasco, jest to specjalne określenie na młode mięso z jagnięciny w kuchni aragońskiej) z purée z dyni, suszonymi morelami i purée ziemniaczanym podanym w formie kulki obtoczonej w migdałach. Danie było wyśmienite, mięso delikatne, rozpływające się w ustach. W połączeniu z bardzo ciekawym, słodkawym smakiem z purée z dyni i suszonych moreli, nabierało zupełnie innego smaku.

IMG_2824

Zdjęcie 3. Opisana wyżej ternasco z purée z dyni, suszonymi morelami i ziemniakami w migdałach.

Następnie podano nam sorbet z limonki z cavą. Tak na zmianę smaku. To było absolutnie przepyszne. Kwaskowate, orzeźwiające, „przecierające” po tych wcześniejszych smakach. I jeszcze, jak to lody, bardzo ochładzające.  To było naprawdę oczyszczające po całym wieczorze pysznego jedzenia.

IMG_2827

Zdjęcie 4. Sorbet z limonki z cavą.

Na sam koniec podano nam deser. Akurat w tym hotelu nie było „tradycji” tortu weselnego. Młodym bardzo zależało na tym, żeby on był. W związku z tym tort został przyprowadzony, pokrojony (tak jak w Polsce, pierwszy kawałek Młodzi kroili wspólnie) i podany. Ale zanim podano gościom tort każdy dostał deser. Nazywał się on Armonia – harmonia. Nie wszystkie składniki udało mi się zidentyfikować, ale wydaje mi się, że była tam biszkopt, nugat, czekolada, pokrojone w kostkę migdały, podane z miechunką, kostkami galaretki (każdy miał inny smak, ja miałam kokosowy i jabłkowy) i brązowym cukrem. Nie jestem wielbicielką deserów. Ten był wspaniały. Faktycznie wszystkie smaki wspaniale ze sobą harmonizowały. Galaretki, wydaje mi się, że „domowy” wyrób, były najlepszymi galaretkami jakie jadłam. A całość to po prostu niebo w gębie.

Zdjęcie 5. Armonia.

Na koniec podano tort, o którym nie umiem napisać nic więcej poza tym, że był. W smaku dosyć wyważony, nie za ciężki, delikatny. Dobry. Po nim nastąpiło podanie kawy, likierów i innych alkoholi, jak ktoś miał ochotę.

Zdjęcie 6. Tort i menu wesela.

To co bardzo mi się podobało w trakcie obiadu, to że alkohole zostały wybrane z niezwykłą starannością. Siadając do stołu i widząc przed sobą 4 kieliszki można było dostać zawrotu głowy. Ale do sałatki było podane pyszne, białe, dosyć lekkie aragońskie wino. Do jagnięciny było cięższe, też aragońskie wino czerwone, a do deseru podano cavę. Oczywiście w trakcie całego obiadu można było sobie popijać wodę z 4 kieliszka. Każdy alkohol pasował do serwowanego dania, każdy z nich pomógł w przebrnięciu przez nie. Bo nie czarujmy się. Zjedzenie tylu pysznych rzeczy na raz, to jest wielkie wyzwanie! A kolacja ta wcale nie trwała długo – 3 godziny. Skończyła się ona ok. 1 w nocy…

Wesele – tańce, karaoke i dobra zabawa.

Gdy już każdy odsapnął po kawie i uczcie. Zaczęła się część taneczno – wokalna. Tak jak w przypadku polskich wesel, Państwo Młodzi odtańczyli swój pierwszy, wspólny taniec. A potem już każdy szalał na parkiecie zgodnie ze swoimi upodobaniami aż do 4 rano. W pakiecie muzycznym były hiszpańskie hity, coś jak polskie hity, które każdy zna. Międzynarodowe kawałki, trochę rocka, trochę śpiewania. Ale to śpiewanie to nie były przyśpiewki lub smętne zawodzenie wujka z wąsem pod ścianą, którego ta ściana trzyma. Nie, tutaj był mikrofon, głównie młodzi śpiewali i to piosenki, które właśnie leciały. Trochę takie karaoke bez słów na ekranie:) Wyszło to spontanicznie i zabawnie. W trakcie tańców był otwarty bar, gdzie ponownie można było zamawiać napoje jakie się chciało, alkoholowe i te bez. Szczerze powiem, że to czego mi najbardziej brakowało z polskich wesel, to jedzenia w przerwach pomiędzy muzyką. Uważam, że ten podział na taniec, a następnie ciepłe danie lub zimną płytę i ponowny taniec, jest bardzo trafiony. Można trochę odpocząć, ochłonąć, zjeść. A i  nie je się najpierw tony jedzenia, po którym potem człowiek nie może się ruszać. Niemniej jednak było to niezwykłe przeżycie i wiele hiszpańskich zwyczajów bardzo mi się podoba. A Wam?


 

Nie ma jak w domu – hiszpańska wersja kuchni domowej


Będąc w Hiszpanii tym razem, mieliśmy dużo szczęścia. Nie dość, że byliśmy na hiszpańskim weselu, mieliśmy okazję zwiedzić trochę Barcelonę i Saragossę i zjeść trochę smacznego jedzenia w ulicznych knajpkach, to jeszcze mogliśmy spróbować domowej wersji kuchni hiszpańskiej. Domowy obiad, na który zostaliśmy zaproszeni był po prostu wspaniały. Mogliśmy zanurzyć się w hiszpańskich smakach i aromatach. Mogliśmy spróbować prawdziwego, domowego gazpacho – najlepszego jakiego do tej pory jadłam. I przyznaję zimna zupa ze świeżych pomidorów to nie jest coś co lubię najbardziej, wręcz za nią nie przepadam. Ale ta była wyśmienita.  Świeża, w smaku czysto pomidorowa. Do tego mogliśmy sobie dodać jakie chcieliśmy dodatki – świeżą, pokrojoną w kostkę paprykę zieloną i/lub czerwoną, jajko ugotowane na twardo pokrojone w kostkę, ogórka zielonego pokrojonego w kostkę, cebulę pokrojonej w kostkę i jeszcze wiele innych dodatków. Tradycyjnie gazpacho je się z dodatkiem grzanek z chleba/bagietki maczanych w zupie. Takiego gazpacho życzę każdemu. Było naprawdę przepyszne.

Zdjęcie 1. Gazpacho z różnymi dodatkami. Mi najbardziej smakowało z zielonym ogórkiem. Było wtedy najbardziej orzeźwiające i lekkie w smaku.

Jako drugie danie zaserwowano nam przepyszne ryby. Świeże ryby oraz owoce morza są bardzo ważnym elementem kuchni hiszpańskiej. My jedliśmy żabnicę w zwykłym sosie własnym i morszczuka z przegrzebkami ze świeżą pietruszką. Wszystko było naprawdę przepyszne. Żabnicę wzięłam później w Barcelonie (przeczytasz o tym klikając tu), jednakże nie mogła się równać tej domowej. Żabnica jest u nas rybą mało rozpowszechnioną, a szkoda. Ta morska ryba ma delikatne, białe mięso, które właściwie nie przypomina w smaku ryby. Zresztą popatrzcie na zdjęcia…

IMG_2874

Zdjęcie 2. Żabnica w sosie własnym.

Morszczuka już znałam. Moja Mama świetnie przyrządza ryby. Robiła też morszczuka. Jednak ten morszczuk, ze świeżymi przegrzebkami był po prostu wyśmienity. Morszczuk też należy do ryb morskich, jego mięso też jest białe, soczyste i delikatne. No i prezentował się wspaniale.

IMG_2873

Zdjęcie 3. Morszczuk z przegrzebkami i pietruszką.

Obiad był pyszny. Ale jeżeli ktoś nie lubi ryb, to zawsze może liczyć na świetnie wysmażonego steka:)

Zdjęcie 4. Morszczuk, żabnica i przegrzebki. Stek z chipsami.

Bycie uczestnikiem domowego, hiszpańskiego obiadu, to naprawdę było wspaniałe przeżycie. Jeżeli macie taką możliwość, korzystajcie. To są inne smaki, inna kuchnia, inne przyrządzenie. Warto!


EDIT: Zwrócono mi uwagę, bardzo słusznie zresztą, że zapomniałam o dwóch, bardzo ważnych elementach hiszpańskiego obiadu. Otóż na deser zawsze serwowane są owoce. My jedliśmy pyszne, dorodne, aragońskie czereśnie i ogromne brzoskwinie także z tego regionu. A poza tym jeszcze gruszki, morele i inne owoce. To było bardzo orzeźwiające zakończenie pysznego obiadu. A po deserze wspólnie zasiedliśmy do kawy. Co ciekawe w Hiszpanii podaje się nie tylko kawę z mlekiem (cortado), czarną (solo), ale także kawę z lodem. I to nie jest mrożona kawa, robi się ją zupełnie inaczej. Kawa mrożona lub kawy podawane na zimno są zazwyczaj potwornie słodkie, z dodatkiem bitej śmietany, lodami i nie wiadomo czym jeszcze. Café con hielo (czyli właśnie kawa z lodem) to najprostsza i najczystsza wersja kawy na zimno. Parzy się espresso, do szklanki dodaje się kostki lodu i ten lód zalewa zaparzonym espresso. Proste, orzeźwiające, pyszne 🙂


 

Kolejna rocznica!


Wczoraj, 31 lipca minęła kolejna, druga rocznica prowadzenia przeze mnie bloga.

Niewiarygodnie szybko ucieka mi czas. Jestem zaskoczona tym, że pierwszy wpis ukazał się dwa lata temu. A wydaje mi się, że to było wczoraj:)

Bardzo wszystkim dziękuję za komentowanie, polubienia, czytanie. Choć mój blog nie jest najmodniejszy w sieci, kompletnie mi to nie przeszkadza, a wręcz mnie to cieszy. Wiem, że mam grono swoich „fanów”, osób które regularnie czytają moje wypociny i bardzo, bardzo za to dziękuję. Dzięki Wam mogę rozwijać się kulinarnie i fotograficznie. A planów mam jeszcze dużo!

W ciągu ostatniego roku udało mi się stworzyć nowy cykl podróżniczy od kuchni. Jest to jedna z moich ulubionych pozycji 🙂 Bardzo miło jest pisać wspomnienia, a za jakiś czas do nich wracać i je czytać. Zauważyłam, że wiele wspomnień się zaciera, umyka, a te opisane pozostają i cieszą. Mam nadzieję, że te wpisy pomogą Wam wybrać jakiś lokal lub są podpowiedzą po co sięgnąć będąc za granicą.

Tradycyjnie powiem – dziękuję za wszystko i proszę o więcej 🙂

A teraz trochę wspomnień kulinarnych:)

Tapas – ważna część kuchni hiszpańskiej


Dzisiaj kolejna część naszej hiszpańskiej przygody. Czy wiecie co to jest tapas? To są małe przystawki, przekąski, które najczęściej je się w okolicach lunchu lub kolacji. W naszym przypadku tapas jedliśmy dwó-, a nawet trzykrotnie. Za pierwszym razem poszliśmy na powitalna kolację, po dotarciu do Saragossy. Wtedy zamówiliśmy kilka rożnych rodzajów tapas, do tego sałatkę i podzieliśmy to wszystko na 9 osób. Wtedy też tapas jedliśmy siedząc przy stole. Drugi raz tapas jedliśmy na lunch. Też wybraliśmy kilka interesujących nas dań i podzieliliśmy na 5 osób. Usiedliśmy przy stole w ogrodzie barowym. Trzeba wiedzieć, że taki „luksus” zazwyczaj kosztuje dodatkowe 0,50 euro od dania. Tapas zazwyczaj je się przy barze. Stojąc lub siedząc na barowym stołku. Za inny sposób trzeba dopłacić:) Trzeci raz to nie był tapas w czystej postaci, ale bardzo wykwintny aperitif (choć niektóre dania przypominały te w barze tapas) w trakcie wesela. Ale o tym napiszę wkrótce:)

Bez tytułu

Zdjęcie 1. Pierwsza restauracja, w której jedliśmy tapas po przyjeździe do Saragossy.

Po dotarciu do Saragossy, odświeżeniu się i zameldowaniu w hotelu, udaliśmy się na kolację zapoznawczo-powitalną. W jej trakcie jedliśmy tapas i miło spędzaliśmy czas. Na tapas składały się: sałatka z jamón serrano, kanapka z bakłażanem, szparagami i mozzarellą, tortilla de patatas ( o której pisałam już tutaj), longaniza – podsmażane, wieprzowe kiełbaski, kalmary smażone w głębokim oleju, kanapka z łososiem, białym serkiem i konfiturą pomidorową oraz patatas bravas – czyli ziemniaki na ostro. Patatas bravas to hiszpański odpowiednik frytek. Są pokrojone w sześciany, usmażone na oleju i podawane zazwyczaj z sosem na ostro. W tym przypadku jedliśmy je w wersji z majonezem i ketchupem. To jest chyba najczęściej serwowany tapas w Hiszpanii.

Zdjęcie 2. Sałatka z jamón serrano, kanapka z bakłażanem, szparagami i mozzarellą, tortilla de patatas, longaniza, kalmary, kanapka z łososiem, białym serkiem i konfiturą pomidorową oraz patatas bravas.

Tapas zazwyczaj jest jako dodatek do napojów alkoholowych – hiszpańskiego piwa, sangrii czy wina. Hiszpańskie piwo jest całkowicie różne od polskiego. To polskie jest w smaku ciężkie od chmielu lub pszenicy i zazwyczaj wysoko procentowe. Piwo hiszpańskie jest lekkie, orzeźwiające, niskoprocentowe i pije się je jak najlepszą lemoniadę, tylko z bąbelkami i procentami (tak, trzeba uważać, bo pomimo tego, że jest nisko procentowe może zaszumieć w głowie). Sangria to z kolei mieszanka owoców, soków i czerwonego wina. Osobiście za nią nie przepadam, jest dla mnie za słodka i za ciężka. Nie daje mi tego cudownego poczucia orzeźwienia co piwo. Ale na pewno trzeba ją spróbować, będąc w Hiszpanii!

saragossa

Zdjęcie 3. Bar tapas w centrum Saragossy pomiędzy Bazyliką Nuestra Señora del Pilar a Katedrą.

Drugi raz tapas zjedliśmy na lunch zwiedzając Saragossę, praktycznie w jej centrum. Tam usiedliśmy sobie przy stoliku, zamówiliśmy patatas bravas (nawet podwójnie), ta wersja była z ostrym, paprykowym sosem i sosem czosnkowym, do tego dobraliśmy salpicon – sałatkę składająca się z owoców morza i warzyw konserwowych – papryki, pomidorów i cebuli (bardzo ciekawy smak!) i 4 montaditos – kanapki podawane na opieczonym pieczywie (bagietce) z różnymi wariantami. Jest to jeden z popularniejszych tapas w Hiszpanii. W naszym przypadku były to kanapki z purèe ziemniaczanym z ośmiornicą, sałatką z białej kapusty i marchewką (coś podobnego do sałatki coleslaw), krokietem z szynką i pasty z opiekaną szynką w środku. Być może wyda się mało, ale naprawdę najedliśmy się bardzo!

Zdjęcie 4. Patatas bravas, montaditos, salpicon.

Myślę, że tapas jest bardzo ważnym elementem kuchni i kultury hiszpańskiej. Będąc w Hiszpanii warto wstąpić gdzieś na tapas i porozkoszować się małymi kanapeczkami, dobrze wysmażonymi ziemniakami czy owocami morza. Do tego popijać sangrię lub piwo i po prostu odpoczywać i chłonąć atmosferę.